Nigdy chyba nie miałam takiej przerwy w pisaniu bloga. Przestudiowałam wszystko spokojnie i doszłam do wniosku, że to już mi nie daje takiej radości.
Wszystko mnie wykańcza, jedynie co chciałabym zrobić, to cofnąć się w czasie do chwil, w których wszystko było łatwiejsze - nie było tych fałszywych mord i umiałam się ciężyć z każdej chwili. Chcę mieć znowu pięć lat, chcę te czasy, w których beztrosko biegałam w samym podkoszulku i majtach po dworze bawiąc się na trzepaku w ganianego ze znajomymi. Tęsknię za tym, jak jedna głupia wieczorynka dawała mi tyle radości, aż nadto. Ewentualnie poszłabym spać, ale nie chcę tracić ani minuty. Niech ten weekend trwa jak najdłużej, a czas niech stanie w miejscu albo się cofnie. Niech nie pędzi tak zachłannie na przód.
Ostatnimi czasy ujrzałam w świetle realiów, jak mocno się zmieniłam. Kiedyś umiałam się nabijać z ludzi, którzy w pewnym stopniu byli trochę inni od większości społeczeństwa. Teraz jestem w stanie taką osobę bronić całą sobą, bo doskonale wiem, że nie jest gorszy. Kiedyś miałam na wszystko wyjebane i myślałam, że manna spadnie mi z nieba, a teraz staram się z całych sił o to, by było dobrze. Nawet zaczęłam się więcej uczyć, chociaż rezultaty tak bardzo widoczne nie są.
Mam nadzieję, że kiedyś moje wszystkie starania nie pójdą na marne i będę mogła być szczęśliwa. O ile znam definicję słowa "szczęście". To na pewno nie jest wyimaginowany świat idealizmu, to po prostu spełnienie paru celów.
Tak na marginesie - ludzie mnie wyniszczają. Już ostatni raz wzięłam to długie świństwo, z którego leci dym do ust.
Ostatnio na religii ksiądz powiedział, że bez żadnego zaliczenia roratów nie możemy przystąpić do bierzmowanie. Mamy zasuwać w każdą niedzielę do kościoła na mszę święta, by zbierać jakieś denne podpisy. Ja się pytam - czy muszę chodzić do kościoła w każdą niedzielę, żeby udowodnić swoją wiarę? Księża takim zmuszaniem do uczestnictwa tylko zniechęcają. Pan Bóg nie jest tylko tam, on jest wszędzie. Przepraszam bardzo, ale ja wierzę w Boga, a nie w kościół. Jestem w stanie wstać w środku nocy i się pomodlić o dobro wszystkich, których kocham, ale to sprawiałoby mi przyjemność, bo zrobiłabym to dobrowolnie. Sama dochodzę do wniosku, że niektóre osoby, które nie uczestniczą we mszy wierzą o wiele mocniej niż ci, którzy pod przymusem chodzą do kościoła w każdą niedzielę, każdy pierwszy piątek miesiąca. Moim skromnym, jeszcze dziecinnym zdaniem, tak się chodzi wtedy, gdy ma się potrzebę duchową.
No nic, to chyba tyle. Zapewne nie napiszę tak szybko, możecie się spodziewać mnie tutaj i moich infantylnych wypocin za ok. miesiąc, może szybciej, jeżeli złapię mobilizację.
PS. Tak w ogóle, mam zawody we wtorek i mam ogromną nadzieję, że się nie poddam. Nie pozostaje mi nic innego niż uwierzyć w siebie i swoje możliwości. Mam ogromne predyspozycje, nie mogę nikogo zawieść.
Żegnam.
Tchus!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz