25.6.12

Without the heart it is possible to live; but not to love

dzisiaj miły był dzień. chyba jednak odkryłam, kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto nie. z kim umiem i lubię się śmiać, i z kim tylko udaję. najgorsze jest to, że są i wady tego dnia... i wady tej całej przyjaźni. zazdrość, jest wybaczalna w przyjaźni? czy może jednak nie?
odbiegając od tematu - byłam dzisiaj z paroma osobami na truskawkach, by powyjadać resztki. zostało trochę, nawet sporawo, ale plany musiał nam przerwać stwór, który czyhał w trawie. tak sobie jemy, jemy, a tu nagle julka woła, że coś się rusza. tak się patrzymy, nic nie widzimy, a potem wyskakuje coś w prążki. tak, to mój ukochany piesek ziemny, mój zimny herman, zmora, fobia... a już miałam iść do takiego ładnego krzaka z truskawkami. jezu, jak sobie przypomnę jak uciekałyśmy to coś mnie bierze. pewnie był to dobry kabaret dla przechodzących.
muszę się spakować, ale co tu pakować zresztą. dwa zeszyty, książki sobie odpuszczam, kolce (bo muszę oddać szkolne, choć nie wiem po co brałam, skoro swoje własne mam) ;d teraz muszę pilnie te ostatnie dni chodzić, bo książkę muszę wybrać. o tak, mam pierwsze miejsce w klasie w nauce, na równi z dwoma ludkami. kujoneczki.


bez bicia - photospace użyty, ponieważ najlepsza jakość w samsungu, ale to już zapewne wiemy... za dużo filmików z zawodów.


i właśnie tutaj zdarzyła się rzecz jak z horroru - małe skurwysynki wyszły się przewietrzyć i nas straszyć.

pa :)

Brak komentarzy: