9.7.12

People, help the people

wiem, trochę mnie nie było. teraz wpierdalam lody. fascynujące.
w czwartek wróciłam później do domu, bo byłam u koleżanek, ale mnie nie odprowadziły (biegnij w ciemności, dwa kilometry), więc musiałam iść sama, a w dodatku buty mnie obcierały, więc poszłam boso, coś mi się wbiło w nogę, a na rynku jakieś żule chodziły i musiałam się spinać i szybciej iść, żeby się nie darły naćpańce...
wczoraj wróciłam z chańczy, bo byłam cały weekend tam ze znajomymi. ogółem to jakaś faza, takie tam, branie telefonów i robienie zdjęć ludziom. chańcza to miejsce, w którym spokojnie można uprawiać: melanżing, leżing, smażing, grilling, paczing, kąpieling, pływaning i opalaning :D
czuję się z jednej strony szczęśliwa, ale dzisiaj popsuł mi humor fakt, że mój kotek nie był w domu już trzy dni... boję się, że już nie wróci, ale w domu mówią, że wróci, a skąd oni mogą to wiedzieć... uwielbiam zwierzęta, więc kiedy jakieś mi zginie to becze jak pojebana, dzisiaj gdy zeszłam na dół i się zapytałam gdzie maciek, usłyszałam, że nie ma go już trzeci dzień i jakoś mi się smutno zrobiło, szkiełka w oczach i ledwo powstrzymywałam płacz. ja nadal mam nadzieję, że wróci, bo jak nie wróci to nie wiem co zrobię. dopiero co 28 czerwca mijał rok odkąd się urodził, a teraz go nie ma. omg, jak ja kocham koty. on musi wrócić i wróci. zawsze lubiłam tak z nim się bawić (zawsze mnie tak fajnie lekko gryzł, i kopał :D) i spać z nim, bo zamieniał się w taką słodką kulkę i się do mnie przytulał... czyli musi wrócić :(
dobra, nie mam już sił na pisanie, znowu jakoś tam się rozklejam. wstawię jakieś zdjęcie i idę... o właśnie, polska wczoraj wygrała finał ligi światowej z usa, miażdżąc ich 3:0, teraz czas na igrzyska olimpijskie w londynie.


kicia, wróć :(

Brak komentarzy: