4.11.12

somebody opened the door to dreams

Hej.
Zmieniłam trochę wygląd bloga, bo mi się nie podobał stary.
Ten długi weekend minął zastanawiająco szybko. Nie chciałam, by była już niedziela, bo to oznacza jutrzejsze pytanie na matematyce i wtorkowy sprawdzian... Trzeba przeżyć, nie ma innej opcji. Czkam oczywiście na komentarz "się pogarszasz z roku na rok".
Nie będzie chyba to arcy nowością, jeżeli powiem, że pół dnia spędzam na dworze, a drugie pół przed laptopem i telewizją. Ostatnio oglądam tenis, bo po prostu ciekawi mnie postać Jerzego Janowicza. Jednak doszłam do wniosku, że tenis mnie nudzi D:

Zastanawia mnie to, jak niektórzy ludzie umieją być na tyle śmiali i wredni, by powiedzieć komuś kłamstwo, a następnie starać się całym sercem, by ktoś wziął to kłamstwo za szczerość.
Przyglądanie się w ukryciu cudzemu życiu wcale nie jest fajne, lecz dobijające i wkurwiające. Nie mogę zrozumieć ani znieść, że w moim środowisku zawsze znajdą się osoby, które spróbują coś na siłę spierniczyć, gdy wszystko gra.
Po prostu taki jest już tego rytm, który łączy i rozdziela ludzi. Dobrze, nieistotne.

We czwartek wieczorem byłam na cmentarzu z trzema dziewczynami i dziękuję, że mimo wszystko spędziłam miły wieczór. Idąc niczym w stepie ukraińskim przez ulice świętokrzyskie można było kilometr przed cmentarzem zobaczyć światło, jakie z niego bije. Nie lubię chodzić po cmentarzach, ale chyba warto było zobaczyć groby osób, które tak niedawno były jeszcze tutaj, a tak szybko odeszły. Dziękuję, że po prostu mogę na Was liczyć przynajmniej w połowie.

Idę teraz do Carrefoura kupić coś do jedzenia, bo rodzice i brat pojechali do Sandomierza, dziadek pojechał wczoraj do Włoch do cioci na sześć bodajże tygodni, a babcia poszła do Stokrotki i długo nie wraca, więc się sama na to jedzenie nie doczekam ;|

Pa :)

Brak komentarzy: