Odnośnie poprzedniego postu: cofam wszelkie nieprzyjemności skierowane do mojej nauczycielki o historii, ona jest bardzo fajną, miłą i sympatyczną nauczycielką. Powiedziała mi litanię komplementów i postawi mi na półrocze piątkę, bo mnie lubi. Jednak głupi to ma zawsze szczęście...
Ostatnio zmieniło się i to wyraźnie. Mi nie przeszkadza, a nawet dostrzegam więcej pozytywów, niźli negatywów. Nareszcie jedna osoba zniknęła z towarzystwa, znalazła nowe, ale ja się cieszę, bo nigdy za osobnikiem nie przepadałam. Smutne, że musiałam wyjąć swojego asa w rękawie, dojebać pieprzu do herbaty, ale wyszło na dobre.
Nie poszłam dzisiaj do szkoły, bo mi się nie chciało. Symulowałam dwa dni chorobę i przyniosło to skuteczny efekt, mama uwierzyła w moje złe samopoczucie i zostałam. Jutro niestety idę, bo mnie przejrzali i zrozumieli, że udawałam... W szkole to wszyscy myślą, żem strasznie chora, zatoki leczę, a to wszystko dzięki mojemu bratu, który gówno wie, bo gówno podsłuchał.
Czuję już świąteczną atmosferę i nie mogę się doczekać świąt. Jestem w trakcie błagania rodziców o wyjazd do galerii echo, ale nie wiem, czy ostatecznie uwzględnią moje godzinne błagania.
Dobra, idę, bo trzeba przepisać zeszyty, a czas ucieka...
Starocia z 2010 roku.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz